…Czy ktokolwiek przeczytał choćby połowę z 7500 stron dewocyjnych wypocin Szymona Hołowni? Analizujemy nonsensy marszałka Sejmu i zastanawiamy się, czy papież Franciszek nie uzna go za kolejnego schizmatyka. Oraz czy naród noże uznać go za nowego prezydenta RP ?
Szymon Hołownia – teolog naszych czasów, pierwszy religioznawca, prorok i duszpasterz, a teraz kandydat na prezydenta.
Media pieją z zachwytu, ale czy słusznie? Za fasadą metafizycznych rozważań kryje się pospolitej jakości radziecka dedukcja w harwardzkim opakowaniu, z domieszką chrześcijańsko-polskiej psychofikcji. A to ostatnie jest najbardziej niebezpieczne. Polski kościół, z tysiącletnią tradycją mitologii chrześcijańskiej, wciąż raczkuje w porównaniu z dwutysiącletnim rzymskim chrześcijaństwem czy jeszcze starszym judaizmem. W zestawieniu z tysiącletnimi wyznaniami Wschodu wygląda jak nastolatek zmagający się z chorobami wieku dojrzewania.
Szymon Hołownia, ten medialny celebryta, to także grafoman produkujący tomy religijnej makulatury. “Kościół dla średnio zaawansowanych”? 228 stron nudy o Kościele bez słowa o pedofilii i obłudzie. “Tabletki z krzyżykiem”? 336 stron o tym, jak różańcem leczyć ból zęba. “Monopol na zbawienie”? 512 stron planszówkowej paplaniny o masturbacji i celibacie. A to tylko wierzchołek góry lodowej! “Bóg. Życie i twórczość”? Katalog błędów poznawczych w 332 stronach. “Last minute. 24h chrześcijaństwa”? 428 stron bełkotu. I wisienka na torcie: audiobook “Jak zostać świętym?”. Dwie godziny słodzenia w stylu majora Słodowego. Hołownia, zamiast pisać, powinien zająć się origami. Z tych książek wyszłyby niezłe żabki.
Zaprawdę powiadam wam – to zaledwie połowa tytułów. Po zsumowaniu okazuje się, że marszałek Sejmu napisał na tematy dewocyjne około 7,5 tysiąca stron maszynopisu, czyli więcej niż sam Bóg o sobie (zakładając, że przypisywanie Mu autorstwa Pisma Świętego jest zasadne). Można odnieść wrażenie, że to właśnie Pan Bóg powinien uczyć się od Hołowni w kwestiach własnego PR-u, natury i kompetencji – mniej więcej tak, jak Andrzej Lepper od Piotra Tymochowicza (wiemy, jak to się skończyło).
Z przyczyn oczywistych nie mamy możliwości opublikowania diatryby polemizującej z całym tym ogromem pisarskiego dorobku. Skupmy się więc na powtarzanych przez Hołownię nonsensach, wynikających z niezbyt intensywnej pracy intelektualnej i ograniczonej mocy obliczeniowej jego szarych komórek.
Nie zamierzam również zajmować stanowiska teologicznego ani religijnego – nie posiadam seminaryjnego przygotowania. Przypuszczam jednak, że gdyby papież Franciszek przeczytał Dzieła Wszystkie Hołowni, mógłby dojść do wniosku, że oto ma do czynienia z kolejnym schizmatykiem w gnieździe chrześcijaństwa – jednym z grona, które, licząc protestanckie odłamy, sięga już pięciuset. Posłużę się zatem jedynie rozumem i szeroko pojętą empirią.
Pierwszym problemem, z którym Hołownia nie potrafi sobie poradzić, jest jego zegarek. Widzi wyraźnie, że wskazówki się przesuwają, więc uznaje, że czas musi płynąć. Wyobraża sobie, że istnieją przyszłość i przeszłość. Ta ostatnia sprawia mu szczególną trudność, ponieważ zadaje sobie pytanie: jak to się wszystko zaczęło?
Zaprawdę powiadam wam – to złudzenie. Przyszłość nigdy do nas nie przychodzi, a przeszłość nigdy nie wraca. Jedyne miejsce, w którym istniejemy, to teraźniejszość. Hołownia nie może być nigdzie indziej. Czujemy, że nie jesteśmy ani w przyszłości, ani w przeszłości – zawsze jest teraz. Dlatego posługiwanie się liniową logiką czasu i doszukiwanie się jego początku to nic innego jak szukanie czarnego kota w ciemnym pokoju, w którym go nie ma. Nie było żadnego początku – zawsze było teraz.
Hołownia zakłada, że musi istnieć Bóg jako pierwszy poruszyciel. Ulega bowiem złudzeniu, że świat raczej stoi, niż się porusza. Skoro tak, to pierwotny musi być stan statyczny, a dynamika wynika z przyłożenia jakiejś siły. To jednak błędne wyobrażenie. Nawet jeśli czytasz ten tekst, siedząc nieruchomo na krześle, to w rzeczywistości obracasz się z prędkością 456 m/s wraz z ruchem obrotowym Ziemi. Dodatkowo przemieszczasz się w przestrzeni wokół Słońca z prędkością 107 tysięcy kilometrów na godzinę, a w skali kosmicznej wirujesz wraz z całą galaktyką Drogi Mlecznej. Nic nigdy i nigdzie nie pozostaje w bezruchu – od atomu po wszechświat. Bezruch to złudzenie, tak samo jak przekonanie, że Ziemia jest płaska, a Słońce krąży wokół niej. Te dwa ostatnie błędy ludzkość już przezwyciężyła. Z tym pierwszym wciąż się zmaga – razem z Hołownią.
Hołownia twierdzi, że Bóg jest praprzyczyną wszystkiego, bo skoro wszystko musi mieć przyczynę, to Jego istnienie jest konieczne. To jednak fałsz. Zaprawdę powiadam wam – są zjawiska pozbawione przyczyny, jak choćby to, że liczba 2 jest parzysta. Co więcej, analiza łańcucha przyczynowo-skutkowego w końcu prowadzi do momentu, w którym musimy przyznać: to po prostu nie miało żadnej przyczyny.
Hołownia, opierając się na wierze Kościoła, utrzymuje, że Bóg stworzył świat z niczego. Problem w tym, że ludzki umysł wymyślił sobie to nic. Doświadczalnie nigdy nie wykazano istnienia „niczego” – zawsze jest coś. Nawet jeśli wyobrazimy sobie trójwymiarową próżnię (która w praktyce nie istnieje), to i tak mamy do czynienia z wymiarami. Uczciwiej byłoby przyjąć, że owo nic jest w rzeczywistości czymś – czymś, na co brakuje nam słów, bo nie sięgamy tam naszą wiedzą. Może być nawet bardziej rozległe i pełne niż wszystko, co uznajemy za istniejące i nazwane.
Hołownia pisze, że ma duszę nieśmiertelną. A na ch*j mu ta dusza? Pan marszałek równie dobrze mógłby się cieszyć, że składa się z miliarda trylionów niezniszczalnych atomów. Tylko co mu z tego? Gdyby Hołownia miał trafić na właściwy trop, który wyprowadziłby go ze stanu obezwładniającej dezorientacji, musiałby zauważyć, że jest duszą, czyli umysłem, który – jeśli rzeczywiście istnieje niezależnie – mógłby przetrwać nienaruszony, mimo rozpadu mózgu po śmierci. Ale ta myśl mu nie przychodzi do głowy, bo na katechezach wpojono mu fałszywy obraz rzeczywistości.
Hołownia, wychwalając cierpienie i męczeństwo jako drogę do zbawienia, zapomina o tych, którzy to cierpienie zadają. Sadyści i psychopaci, wyrządzając krzywdy na masową skalę, powinni być traktowani jak bohaterowie wiary, przecież to dzięki nim Hołownia i jemu podobni przybliżają się do nieba. Dziwne, że Kościół czci męczenników, a pomijają zasługi katów, ryzykujących wiecznym potępieniem. Ten paradoks wynika z przekonania, że nieprzyjemności są drogą do świętości. Utrzymywanie wiernych w strachu, cierpieniu i poczuciu winy to wypróbowana metoda utrzymania władzy.
Hołownia sprytnie unika – a może nawet nie dostrzega – sensu swojego chrześcijańskiego życia, którym miałoby być zbawienie jego duszy. Na czym właściwie miałby polegać ten zbawczy stan? Oczywiście, według pewnych interpretacji, nie ma zbawienia dla złodziei, lesbijek, a i dr Kulczyk nie wszedł do Królestwa Niebieskiego – ale co z masochistami?
Przypuszczam, że motywem tej infantylnej twórczości Szymona Hołowni, oprócz tantiem ze sprzedaży książek, było nie tyle „wyzwolenie wszystkich dusz”, ile raczej pogoń za świeckim sukcesem. I trzeba przyznać – udało mu się: kandydował na prezydenta po raz wtóry, został marszałkiem Sejmu, przewodzi – póki co – kanapowej partii.
Pewnym usprawiedliwieniem dla tej laickiej postawy i politycznej żonglerki jest fakt, że Hołownia rzeczywiście rozważał życie w wyrzeczeniu, ubóstwie i kontemplacji – dwukrotnie próbował wstąpić do zakonu Dominikanów. Tyle że go tam nie przyjęli. Dla nich – na szczęście, dla Hołowni – może i na pożytek.
Oznaczono jako :
Marszałek Sejmu Szymon Hołownia Wybory prezydenckie 2025
O Autorze : call_made
O AUTORZE : Jest sukcesem reprodukcyjnym ojca Józefa i matki Marii. Jasno z tego wynika, że urodził się w świętej rodzinie. Skończył dziennikarstwo w Warszawie i nauki polityczne w Hamburgu. Wolno mu więc o sobie mówić, że jest prawdziwym hamburgerem. Pociesza go, że składa się z inteligentnej materii o masie 1300 gramów (waga mózgu). Martwi, że zliczając masę 7,3 miliarda mózgów zamieszkujących Ziemię wychodzi, że inteligentna materia stanowi pomijalny procent materii nieinteligentnej, z której składa się makrokosmos. (Perfekcyjny w pielęgnacji swej intelektualnej niezależności – przyp. red).
Wesprzyj niezależne dziennikarstwo.
Bo inaczej prawda zdechnie.
Jak mucha w smole.
A kłamstwo będzie się miało dobrze.
Jak pluskwa w materacu.
Za cenę połowy – ba, jednej dziesiątej – paczki fajek możesz wesprzeć tworzenie treści, które nie robią z czytelnika idioty. Bo przecież wszyscy wiemy, że Internet sam z siebie nie przestanie być wysypiskiem informacyjnego chłamu. Prawda?
Dorzuć się i dołącz do elitarnego grona ludzi, którzy jeszcze rozumieją, że wolne słowo nie żywi się lajkami.
Twoje wsparcie to nie tylko gest – to szansa, by autor nie musiał dorabiać w call center albo pisać clickbaity o "szokujących sekretach celebrytów".
Nie bądź dusigroszem.
Skąpstwo to grzech, a hojność daje karmę. Albo chociaż dobry content.
Czasem nawet jedno kliknięcie może zdziałać więcej niż cały wykład o empatii.
4,44 zł
Prawda tańsza niż piwo.
6,66 zł
Grosz do grosza i diabeł zadowolony.
19,89 zł
Twoja transformacja w dobrodzieja.
Wpłaty na NIE-online.pl realizuje Tpay – Krajowy Integrator Płatności S.A. (KRS: 0000412357, NIP: 7773061579, REGON: 300878437, Rejestr Usług Płatniczych: IP27/2014).
Objaw ją dzięki dziennikarskiemu śledztwu na zamówienie.
Anonimowość i ochrona źródeł gwarantowane.
Kliknij po więcej
Przemysław Ćwikliński, Idalia Dubicka, Piotr Gadzinowski, Anna Grodzka, Robert Jaruga, Tadeusz Jasiński, Marta Miecińska, Wojciech Mittelstaedt, Łukasz Piotrowicz, Marek Sanowski, Izabela Szolc, Maciej Wiśniowski.
Każdy z nich pisze o czymś innym, ale wszyscy o tym samym — że w Polsce wciąż jest o czym pisać.
© NIE-online.pl — fotografie z Adobe Stock i innych licencjonowanych źródeł, użyte zgodnie z obowiązującymi licencjami. Zobacz więcej.
KRS: 0000021115
NIP: 5210124426
REGON: 012022937
Bądź pierwszym, który skomentuje!