URBAN

Redaktor naczelny, rzecznik rządu, publicysta, milioner.

OD URMY DO URnY

Ostatnio widziano redaktora Jerzego Urbana, który — jak to Urban — postanowił zakończyć karierę w sposób nieoczywisty: transformując z prezesa firmy URMA w prochową URNĘ. Mówiąc w skrócie: z medialnego giganta w elegancki, kamienny wazon (wizualizacja obok). Nie była to jednak byle jaka transformacja — raczej świadomy, autorski performance, zgodny z duchem czasu: ekologiczny, minimalistyczny i z pełnym certyfikatem autentyczności.

Dla tych, którzy znali go bliżej, było to szokujące — bo zgodnie z ich przekonaniem Urban nie mógł umrzeć nigdy. Zbyt uparty, zbyt złośliwy, zbyt ciekawy, by dać się tak po prostu zarchiwizować. Natomiast ci, którzy znali go słabo, byli przekonani, że nie żyje już od dawna — najwyżej od czasu, gdy przestał pojawiać się w telewizji częściej niż premier.

I tak oto 3 października 2022 roku, w przeddzień 32. rocznicy powstania Tygodnika NIE, Urban po raz ostatni uniknął kosztów związanych z organizacją urodzinowej popijawy. Zniknął po angielsku — czyli w ogóle, zostawiając po sobie redakcję, kilka milionów cytatów i całkiem niezły wynik finansowy.

Nie będziemy tu dokonywać wiwisekcji jego życia politycznego, publicystycznego ani towarzyskiego — głównie dlatego, że wymagałoby to sekcji zbiorowej i kilku tomów akt. Zamiast tego publikujemy kilka wspominkowych tekstów Redaktorów Tygodnika NIE, które ukazały się w 3. rocznicę śmierci szefa i 35-lecie gazety.

Opublikowane w numerze 40/2025 teksty te pokazują Urbana takiego, jakim naprawdę był: genialnego, bezczelnego, błyskotliwego i absolutnie nieśmiertelnego.
Czytajcie — a będziecie zaskoczeni.

35 lat „NIE” – wspomnienia z wnętrza redakcji

Obecna redaktor naczelna Tygodnika „NIE” Agnieszka Wołk-Łaniewska wspomina w 35. rocznicę powstania pisma.

4 października 1990 r. ukazał się pierwszy numer Dziennika Cotygodniowego „NIE”. Kiedy 25 lat temu przyszłam do „NIE”, tygodnik obchodził właśnie 10. urodziny. Był to czas potęgi prasy papierowej – w tym naszej. Impreza była na paręset osób, a Urban wydał okolicznościowy numer, w którym opowiedział historię naszych narodzin.

Kiedy otóż przyszło nowe i Łysy zyskał pewność, że szefowie redakcji „wolą mieć raka niż Urbana na łamach”, postanowili z Daniszewską założyć knajpę. „Ona miała prowadzić kuchnię, gdzie naturalne miejsce takiej intelektualistki, ja stać za barem, bo za nim i tak zmarnowałem większą część życia, płacąc, zamiast zarabiać.”

Knajpa byłaby cudna: „Kelnerki w seksownych łachmanach, wóda w nadtłuczonych musztardówkach, pieśni masowe z głośników, sławny rzecznik rządu nalewający tę wódę”... Była już nawet nazwa: „Mordownia”, na pamiątkę Katynia.

Potem jednak – pisał Urban – „wtrącił się los” w osobie szefa wydawnictwa BGW Romana Górskiego, który zamówił u Łysego „Alfabet Urbana” i zapłacił mu za to 100 tys. dolków, z których wylęgła się zygota tygodnika „NIE”.

Od tego czasu wydaliśmy 1828 numerów i nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Wspomnijcie z nami te 35 lat, wznosząc wspólny toast za wyskrobaną „Mordownię”.

Podpisano: AWŁ

logo3mobilnepng

Moje życie z Urbanem

Miał rację, nawet jak mnie wypierdalał z roboty

Wezwał mnie do siebie ojciec... No co ja poradzę, że to brzmi jak początek skandynawskiej sagi? No więc latem 1990 r. wezwał mnie do siebie ojciec i powiedział, że podobno Jurek Urban chce wydawać pismo o Rosji i szuka dziennikarzy do zespołu. Ta informacja dzisiaj brzmi, jakby mój papa nawalił się jak Messerschmitt, ale wtedy nie wydawała mi się nieprawdopodobna. Urban stracił fuchę rzecznika rządu i szukał możliwości zarobku – spekulowałem.

Rosja, a dokładniej ZSRR, wtedy była modna, a nawet cieszyła się pewną sympatią i popularnością w Polsce – głównie dlatego, że właśnie rozpoczęła spektakularny proces rozpadu. A nic tak nie cieszy Polaka jak cudze nieszczęście, podlane moralną wyższością. Robić kasę na takiej Rosji to była złota żyła. Nadawałem się – mieszkałem tam pięć lat, znałem kraj i język.

Informacja od ojca nie była zaskoczeniem, znał Urbana ze wspólnej pracy w „Nowej Wsi”, gdzie Łysy zaczynał dziennikarską karierę.

Nie o Rosji

Wlazłem więc na czwarte piętro kamienicy przy Poznańskiej, do sekretariatu z pytaniem, czy zastałem redaktora Urbana. – W kiblu – powiedziała sekretarka. – To poczekam – i usiadłem w fotelu w kącie korytarzyka. Po chwili pojawił się Urban, dopinając spodnie. Tak zapamiętałem nasze pierwsze spotkanie: pękata figurka na końcu korytarza, podciągająca garderobę.

– Pan do mnie? To proszę – powiedział. Spytałem, czy to prawda, że ma zamiar wydawać pismo o Rosji. – Nie – odparł. – To przepraszam i do widzenia – odpowiedziałem. – Zaraz – zatrzymał mnie. – Pan jest dziennikarzem? – Tak. – To nie o Rosji. Proszę o próbki tekstów.

Po lekturze zapytał, ile zarabiam. – Milion. – Ja dam trzy. A za dobry tekst tyle, że przez miesiąc nie będzie pan musiał pracować. I dotrzymał słowa. Za pierwszy reportaż o strajku w Czerwonaku dostałem trzy miliony. Ale ważniejsze było to, że wyszedł z gabinetu, wszedł do pokoiku i powiedział tylko jedno słowo: „Pyszny.”

Tak zaczęła się nasza współpraca. To był złoty czas. Mój i tej redakcji.

Bal

Robienie każdego numeru było zabawą. Wymyślaliśmy dowcipy, międzytytuły, oglądaliśmy rysunki grafików, rycząc ze śmiechu. Urban przyciągał osobowości: Marek Groński, Zygmunt Kałużyński, Wiesław Górnicki... Czytałem ich wcześniej, nie marząc, że będą moimi kolegami z redakcji.

Gdy pismo zaczęło się sprzedawać, Urban przestał się bać o jego przyszłość – i zaczęła się zwykła, ale piękna redakcyjna robota. To był moment, gdy ludzie zaczęli widzieć, że z obietnic „panny S” gówno zostało. Zrozumieli, że do władzy dorwali się pazerne miernoty, a kapitalizm to nie bajka z Zachodu, tylko rachunek za prąd.

Nic dziwnego, że pismo, które mówiło prawdę i drwiło z nowej elity, było rozchwytywane. A Jurek miał cudny zwyczaj raz w miesiącu zapraszać redakcję do drogiej knajpy – na jego rachunek. Pięknie było.

Weź klucze i spierdalaj

Urban był świetnym szefem. Nigdy nie krzyczał, ale potrafił jednym zdaniem sprawić, że człowiek czuł się jak mokra szmata — zasłużenie. Był też dobrym człowiekiem.

Kiedy straciłem mieszkanie, pozwolił mi zamieścić ogłoszenie w „NIE”. Zamiast tego wyciągnął z kieszeni klucze: – Weź, my z Gośką przeprowadzamy się do Konstancina. – A ile mam ci płacić? – Weź spierdalaj – odparł z wdziękiem.

Mieszkałem tam chyba dwa lata. Potem pożyczył pieniądze na wykup mojego pierwszego mieszkania. Pomagał wielu. Niech inni opowiedzą.

Najgorsze w Urbanie było to, że miał zawsze rację. Nawet gdy skracał moje „genialne” teksty, po lekturze drukiem przyznawałem mu rację. Miał rację nawet wtedy, gdy mnie zwalniał.

Nauka

Nie wyrzucał, tylko doprowadził do sytuacji, że mógł mnie zwolnić zgodnie z regulaminem. I zwolnił. Naplułem się, nawyzywałem, ale gdy przyszedłem się pożegnać, pierwsze co zapytał, to czy mam robotę. Bo jakby co...

Wiedział, że mogłem pracować tam do emerytury. Ale ja chciałem iść na swoje. I gdy sam zostałem naczelnym, zrozumiałem, że miał rację – i że zrobił to dla dobra redakcji.

Wszystko, co umiem dobrego, umiem od niego. Niepraktycznego też: nadmiernego ufania ludziom, unikania radykalnych rozwiązań, ciekawości świata, choć wcale na to nie zasługuje.

Kawał mojego życia. Czasem z nim rozmawiam. To są ciekawe pogawędki.

MACIEJ WIŚNIOWSKI

logo3mobilnepng

Urban, Playboy i ja

4 października 1990 Urban wypuścił pierwsze NIE. Nie było mnie przy tym. Do Redakcji Tygodnika, zwerbowano mnie dopiero pięć lat później. Zanim trafiłem do Urbana, odbyłem pielgrzymkę po różnych redakcjach, gdzie konsekwentnie odbijałem się od drzwi.

Mój dziadek handlował węglem, więc smykałkę do handlu odziedziczyłem. A skoro handel to i kombinowanie – więc kombinowałem, wysyłając życiorysy gdzie się da. I w końcu trafiłem. Nie do „Polityki”, nie do „Wyborczej”, tylko do… polskiej edycji „Playboya”.

Nie jako dziennikarz - bo do pisania ustawiały się kolejki chłopców marzących o tym, że opisując rozebrane panienki staną się Hemingwayami. Zatrudniono mnie do handlu. Miałem pilnować, żeby pismo z gołymi babami docierało do kiosków. Awansowałem podobno nawet na dyrektora. Znajomi pękali z zazdrości: Playboy, luksus, kobiety, światło fleszy. Redakcja mieściła się w pięknej willi na placu Słonecznym na warszawskim Żoliborzu, gdzie wszystko pachniało drogo. Od dywanów po papier w drukarce. Każdy myślał, że kąpię się w szampanie i towarzystwie króliczków.

W rzeczywistości kąpałem się w tonach egzemplarzy do rozwożenia, w wiecznym smrodzie drukarni i utylizacji zwrotów. A przede wszystkim, w wyciąganiu pieniędzy od firm kolporterskich, które bankrutowały dokładnie w tym samym tempie, w jakim powstawały nowe.

Urban i indeks: przypadek czy przeznaczenie?

I tu trzeba rozpocząć z innej strony: z Urbanem byłem związany jeszcze zanim go poznałem. Zaczęło się od książki „Wszystkie nasze ciemne sprawy” - zbioru reportaży i opowiastek z życia PRL. Najlepsza książka mojego dzieciństwa. Mając dziesięć lat, nie miałem bladego pojęcia, kto to w ogóle jest ten Urban. Kilka lat później zobaczyłem go w telewizorze - jako rzecznika rządu. Dużo później mnie olśniło: że to autor mojej ulubionej książki siedzi w telewizji i tłumaczy narodowi, że wszystko jest pod kontrolą, a generał Jaruzelski wie, co robi. W każdy wtorek. Polska się gotowała: jedni oglądali go z nabożną uwagą, inni z czystą nienawiścią. Ja z fascynacją.

Potem, wiedząc, że na egzaminach na dziennikarstwo polegnę, uchyliły się boczne drzwi. Młodzieżowy tygodnik Razem ogłaszał doroczny konkurs „Indeks za debiut”. Prosta zasada: Debiut w Razem, nagroda – indeks na dziennikarkę.

Napisałem. Tekst przeszedł (nawet 3), doszedłem do finału. I w końcu zasiadłem przed wysoką komisją konkursową. Kilku profesorów, paru redaktorów. Pytali mnie o różne rzeczy, aż wreszcie padło to jedno pytanie, które miało mnie ostatecznie zweryfikować:

- Kto pana zdaniem jest najlepszym polskim dziennikarzem?

Powiedziałem szczerze, absolutnie niekoniunkturalnie:

- Jerzy Urban.

Lepiej byłoby, gdybym wtedy pierdnął. Komisja zamilkła. Ktoś chrząknął, ktoś skrzywił się tak, jakby usłyszał nazwisko Voldemorta czarnoksiężnika stojącego na czele śmierciożerców.

- No to panu dziękujemy.

Byłem pewny, że poległem. Zatem kilka dni później, poszedłem składać papiery na regularny uniwersytecki egzamin. Ku swojemu zdumieniu - na tablicy ogłoszeń wydziału dziennikarstwa UW zobaczyłem komunikat: Konkurs „Razem” został rozstrzygnięty. Indeks otrzymuje… I tam, czarno na białym, moje nazwisko!?

Kurwa, ale jak to możliwe? Co zdecydowało - dowiedziałem się dopiero trochę później.

Otóż w komisji konkursowej siedział pan dr Janusz Osica, specjalista od historii Polski, człowiek poważny, a jednocześnie obdarzony wyczulonym radarem na nonkonformizm. Głosowanie było zwyczajne. Każdy z jurorów wrzucał swoje „tak” albo „nie”. I okazało się, że wygrałem… jednym głosem. Głosem Osicy.

To on zauważył, że odpowiedź o Urbanie nie była podlizywaniem się, tylko aktem bezczelności. Młody chłopak idzie w poprzek, pod prąd, mówi coś, czego nie powinien mówić. Komisja miała wybór: ukarać czy nagrodzić. Osica uznał, że warto nagrodzić.

Tak oto nazwisko Urbana, z którym nie miałem wtedy nic wspólnego, otworzyło mi bramy Uniwersytetu Warszawskiego. Człowiek, którego znałem tylko z książki i telewizyjnych konferencji, nieświadomie załatwił mi indeks. Takich rzeczy się nie zapomina!

Telefon z kosmosu: Astroman dzwoni z robotą

Ale wróćmy do tej redakcji Playboya. Rok 1995. Siedzę w swoim „gabinecie” nieco na uboczu, więc nikt mnie tam specjalnie nie szukał. Na biurku kalkulator, stos faktur. Zamiast pracować - czytam Tygodnik NIE, zapakowany w Gazetę Wyborczą. Tak, proszę państwa: w redakcji pisma o goliznach musiałem udawać, że interesuję się Adamem Michnikiem.

Kiedy byłem pogrążony w lekturze, zadzwonił telefon stojący na biurku. Odebrałem bez entuzjazmu. Spodziewałem się księgowości ale była to rozmowa, która zadecydowała o moich następnych 30 latach życia.

Odezwał się facet, który przedstawił się jako… Astroman. Mówił poważnie. Z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że jest headhunterem. - Czy nie chciałby pan zmienić pracy? - Co miałem odpowiedzieć? Pomyślałem więc: kupić – nie kupić, potargować warto.

Kolegium grozy: od drżenia łydek do etatu marzeń

Na pierwszej rozmowie z Urbanem obecny był Marek Barański, wówczas zastępca. Urban, nie wydawał się mną zachwycony. To Barański musiał go przekonać, że warto dać szansę. I rzeczywiście, dwa miesiące później pojawiłem się na pierwszym kolegium redakcyjnym. Było to przeżycie, którego wolałbym raczej nie powtarzać.

Na sali siedziało dwóch pułkowników, profesorów, a także dziennikarskie sławy, które dotąd znałem tylko jako nazwiska w prasie, a nie jako realnych ludzi z krwi i kości. Wszyscy mieli już swoją pozycję. Nikt nie musiał niczego udowadniać.

Pierwszy tekst opublikowałem dopiero po trzech miesiącach, tuż przed końcem okresu próbnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy zostanę, czy odeślą mnie do domu. Później dowiedziałem się, że niezależnie od tego, jak poszłoby na początku, i tak planowano dać mi rok - żeby sprawdzić, czy w ogóle się nadaję.

Dziś minęły trzy dekady. I była to najlepsza robota na świecie. Serio - w Polsce nie było drugiej takiej redakcji (no, może poza „Wyborczą”), w której dziennikarz z pasją mógłby tak szaleć.

Od plebanii po prokuraturę

Każdy tydzień był jak osobna przygoda. Raz safari po dżungli polityki, raz wycieczka krajoznawcza po melinach, raz wyjazd służbowy na wysypisko śmieci. Nowe tematy, nowe afery, nowi ludzie, nowe problemy. Człowiek nigdy nie wiedział, czy następnego dnia wyląduje w hotelu, knajpie, komisariacie, prokuraturze, sądowej czytelni akt a może na plebanii.

Poznałem cały przekrój gatunków ludzkich: polityków, którzy myśleli, że są wieczni; gangsterów, którzy myśleli, że są nieśmiertelni; prostytutki, które wiedziały, że żadna wieczność nie trwa dłużej niż godzina; milionerów, którzy znikali szybciej niż ich pieniądze, i nędzarzy, którzy trwali dłużej niż wszystkie rządy razem wzięte. A ja - między nimi wszystkimi - z notesem w ręku i wrażeniem, że uczestniczę w jakimś wielkim kabarecie.

Średnia pensja, nielimitowana prawda

Zarobki? Umiarkowane. Nie byłem gwiazdą, której zdjęcie pojawia się w telewizji śniadaniowej obok przepisu na tofurnik. Wypłata kręciła się wokół średniej krajowej, co wystarczało, żeby nie umrzeć z głodu, ale już niekoniecznie, żeby żyć jak Hugh Hefner.

Za to był inny luksus. Redakcja nie znała słowa „oszczędności”, jeśli chodziło o dobry tekst. Samolot? Proszę bardzo. Kilka dni w hotelu, żeby dogrzebać się do jakiejś afery? Nie ma sprawy. Telefon na drugi koniec świata, żeby zapytać ministra, czemu kłamie? Od razu łączyć. Zero ograniczeń w dochodzeniu do prawdy. Urban zawsze powtarzał, że tekst musi być dobry, a nie tani. I to była filozofia, dzięki której przez te dekady nie czułem, że chodzę do pracy. Raczej, że co tydzień wchodzę w nowy odcinek serialu, tylko że to ja pisałem scenariusz.

Niewidzialny szef, widzialny porządek

Urban, jaki był? Większość tego, co można o nim przeczytać, zwłaszcza ze strony nienawistników, to kompletne bzdury. Nawet fakty się tam nie zgadzają, więc i opinie wyciągnięte z tych faktów są warte niewiele.

Dla mnie był szefem… niewidzialnym. Niby dzieliła nas tylko podłoga i sufit, ale kontakt mieliśmy raczej sporadyczny. Oczywiście poza cotygodniowymi kolegiami, na których Urban sprawiał wrażenie, że wie wszystko i o wszystkich. To do dziś moja największa zagadka: jak on właściwie zarządzał wydawnictwem URMA, skoro wyglądało, że w ogóle tego nie robi?

A jednak robił. I to jak! Nikt tego jeszcze głośno nie powiedział: Urban był dobrym menedżerem i przedsiębiorcą. Modelowe wydawnictwo. Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku: ZUS opłacony, podatki odprowadzone, umowy podpisane, a sprzątaczka co tydzień zmieniała kwiaty we wszystkich wazonach, jakbyśmy byli w luksusowym hotelu, a nie w gazecie, która co numer robiła burdel w kraju.

Był kredyt koleżeński - czyli można było pożyczyć od firmy, jak ci się silnik w Polonezie rozsypał. Były ryczałty na benzynę i komórki, w czasach, kiedy komórki przypominały cegły z antenką.

Krótko mówiąc: Urban stworzył coś, co w Polsce lat 90. graniczyło z cudem - wydawnictwo, w którym wszystko było jak należy. I tylko jedno nie było jak należy: nasze teksty. Bo te zawsze miały wyglądać tak, żeby komuś spieprzyć humor na cały tydzień.

Inżynieria spokoju

Z Urbanem nigdy się nie pokłóciłem (27 lat). I nie dlatego, że nie było za co, tylko dlatego, że on nie dawał okazji. Jego uwagi były zawsze rzeczowe. Zero histerii, zero rzucania popielniczką. A jak człowiek narobił bigosu, to zamiast reprymendy dostawał… adwokata. Normalnie, z honorarium opłaconym przez wydawnictwo.

Urban nie okazywał swojej wyższości. Nigdy nie miał tego szefańskiego tonu: „ja tu jestem geniuszem, a wy pchacie wózek” (co mogło być prawdą). Nie był też sarkastyczny wobec podwładnych. Sarkazm zostawiał czytelnikom i politykom. W redakcji był dziwnie normalny. Pukał jak chciał wejść do redaktorskiego pokoju.

Zwalniał ludzi rzadko, bo uważał, że to brudna robota. Wolał tak poustawiać sytuację, żeby ktoś sam odszedł, najlepiej z poczuciem, że to jego własna, w pełni autonomiczna decyzja. Był mistrzem inżynierii społecznej. Efekt? Zamiast bać się szefa, człowiek miał wrażenie, że pracuje w dziwnej komunie: wolno ci było pisać co chcesz, wolno ci było się pomylić, a jak już cię ktoś pozwał - to i tak firma brała koszty na siebie.

Umysł z pierwszej ligi

Jerzy Urban dla mnie zawsze pozostanie człowiekiem–zagadką. Paradoks polega na tym, że więcej dowiedziałem się o nim z jego tekstów niż od niego samego. W końcu służbowa zależność wyklucza pewne tematy. Nie pyta się szefa o sens życia, kiedy wisi nad tobą z długopisem gotowym skreślić połowę reportażu.

Czym tak naprawdę się kierował? Jak myślał, kiedy nie myślał za nas wszystkich? Niektórych tematów, nad którymi głowi się każdy człowiek - Bóg, śmierć, szczęście - Urban wyraźnie unikał. Jeśli już odpowiadał, to tak, żeby zbić pytającego z tropu, a nie żeby wyjaśnić sprawę w konkretny sposób.

Był jednym z czterech największych umysłów, jakie urodziła Polska w XX wieku. Postawiłbym go obok Lema, Wisłockiej, Kołakowskiego i Baumana. Lem wymyślał światy, które nie istniały. Wisłocka opisywała rzeczy, które istniały, ale nikt o nich nie mówił. Kołakowski filozofował o tym, dlaczego nic nie działa tak, jak powinno. A Urban? Urban brał to wszystko, wrzucał do miksera i podawał narodowi w formie felietonu.

Dokładnie w przeddzień 32. rocznicy „NIE”

Ostatnie trzy lata jego życia nie są mi dobrze znane. Covid zamknął go w konstancińskiej willi i już nigdy stamtąd nie wyszedł. 3 października 2022 roku, dokładnie w przeddzień 32. rocznicy ukazania się pierwszego numeru Tygodnika NIE - zadzwonił ten telefon, którego nikt nie chce odebrać. Byłem zaskoczony jak dziecko, któremu powiedziano, że Mikołaj nie istnieje. Jak to - umarł? Przecież miał żyć! Przecież miał zaledwie 89 lat! Dziś wiem, że to nie była tylko śmierć redaktora naczelnego, ale koniec epoki.

No to chyba wszystko, chociaż właściwie prawie nic, jak na 35. rocznicę Tygodnika NIE.

Wyszła mi sekwencja z życia, w której zdarzenia, oddzielone od siebie dziesiątkami lat, układają się w coś w rodzaju fabuły. Jakby konsekwencja w chaosie. Niby przypadki, niby zbieg okoliczności a jednak w tym wszystkim jest porządek.

To skłania do refleksji. Może świat wcale nie działa tak, jak się ludziom wydaje. Może ta nasza rzeczywistość to nie chaotyczny bigos, tylko misternie ugotowany rosół. Z góry wiadomo, kto będzie marchewką, kto pietruszką, a kto kurą.

Robert Jaruga*