Wybraliśmy się do Gdańska, by sprawdzić, czy dąb imienia Lecha Wałęsy nad Motławą zaczął już owocować. Drzewko – w przeciwieństwie do swojego patrona – zachowuje na razie wstydliwą wstrzemięźliwość i żadnych żołędzi Wałęsy światu nie objawiło.
Przy okazji, chcąc nie chcąc, wdepnęliśmy w ten gdański spęd pod szyldem Konferencji Odbudowy Ukrainy 2026. W halach AMBEREXPO przedstawiciele stu państw i narodów zjednoczyli się w radosnym urojeniu, że warto inwestować w państwo, w które walą rosyjskie rakiety.
Pomysł wydaje się równie błyskotliwy, co handel luksusowymi apartamentami na czwartym piętrze właśnie płonącej kamienicy, przy jednoczesnym zapewnianiu frajerów, że straż pożarna dysponuje obiecującą strategią gaszenia, którą wdroży, gdy tylko pogorzelisko nieco ostygnie. To nie dyplomacja, to zbiorowa paranoja.
Miliardy z mikrofonu
Zapowiadano zlot dziesięciu premierów, ale jak to w polityce bywa, przybyło dwóch: Donald Tusk, który jako gospodarz musiał tam być, by pilnować żyrandoli, oraz Julia Swyrydenko.
Z pięciu tysięcy zapowiadanych gości, po odliczeniu ochrony, kelnerów i osób, które po prostu szukały darmowego cateringu, została może połowa. Zanim jednak ktokolwiek zdążył odchrząknąć do mikrofonu, pani Swyrydenko ogłosiła światu, że podpisanych zostanie 160 umów na bagatela 10 miliardów euro.
Polska Agencja Prasowa natychmiast odtrąbiła sukces, nie zawracając sobie głowy takimi drobiazgami jak treść tych dokumentów czy realne istnienie owych pieniędzy. Ja tych umów nie widziałem, nikt ich nie widział, a lista prywatnych inwestorów spoza sektora bankowego – czyli tych, którzy ryzykują własnym portfelem, a nie cudzymi podatkami – pozostaje równie tajna, co recepta na nieśmiertelność.
Całość uświetniła oczywiście Ursula von der Leyen, która zjawia się wszędzie tam, gdzie potrzeba odrobiny unijnego blichtru.
Jak się robiło interesy na Ukrainie
Ale zejdźmy na ziemię, czyli w błoto roku 2014. Wtedy to Aleksander Kwaśniewski, cierpiąc na deficyt zajęć godnych byłego prezydenta, biegał po Euromajdanie, mamiąc Ukraińców wizją Unii Europejskiej, która rzekomo tylko czekała, by ich przytulić do piersi.
Aby te mrzonki ubrać w jakieś garnitury, powołano – a w zasadzie reanimowano – Polsko-Ukraińską Izbę Gospodarczą. Na jej czele postawiono Jacka Piechotę, sprawnego aparatczyka z SLD, który w Szczecinie uchodził za człowieka sukcesu, a w Warszawie za zaufaną rękę Aleksandra.
Pieniądze na tę inicjatywę płynęły szerokim strumieniem, co pozwoliło mi obserwować ten cyrk z dość bliskiej odległości. Oficjalnie Izba zajmowała się szkoleniami, wskazywaniem źródeł finansowania i budowaniem mostów. W praktyce jednak jej głównym zajęciem było opłacanie kancelarii prawnych w Przemyślu, które stały się „ścianą płaczu” dla polskich biznesmenów.
Ci naiwniacy, zwietrzywszy na Wschodzie interes życia, lądowali tam z hukiem, którego nie powstydziłaby się spadająca cegła.
Schemat „współpracy” był zawsze ten sam. Polak dawał kapitał, pomysł, technologię i świętą wiarę w sukces. Ukraiński partner wnosił do spółki „znajomość lokalnej specyfiki”, co w tamtejszym narzeczu oznaczało wiedzę, komu dać w łapę.
Całość pieczętowano „Statutem spółki” – dokumentem spisanym cyrylicą, który dla powagi przewiązywano sznurkiem do snopowiązałki. I to nie jest metafora, to był szczyt tamtejszej estetyki prawniczej.
Przez pierwsze dwa lata, gdy fabryka czy magazyn dopiero powstawały i nie przynosiły zysku, panowała sielanka. Polsko-ukraińska spółka była modelowa. Problemy zaczynały się wraz z pojawieniem pierwszych pieniędzy.
Wtedy polski udziałowiec, przyjeżdżając do „swojego” zakładu, odkrywał, że klucze nie pasują do zamków, ochrona go nie zna, a dawny przyjaciel-wspólnik patrzy na niego jak na natrętną muchę. Co więcej, w owym nieszczęsnym „Statucie” po nazwisku Polaka nie zostawał nawet kleks. To się nazywa wrogie przejęcie, choć w rzeczywistości była to zwykła, ordynarna kradzież.
W jednym bucie do Europy
Jeden z przemyskich prawników, który od dekady grzebał w tych trupach, podsumował to krótko:
Niektórzy mieli mniej szczęścia – jak pewien przedsiębiorca z Włodawy, który granicę w Medyce przekraczał pieszo, w jednym bucie i z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że „specyfika wschodniego rynku” to po prostu synonim rozboju. I to jest to „drugie dno”, o którym w Gdańsku słychać było tylko w kuluarach.
Oczywiście misja Kwaśniewskiego jako wielkiego mentora, który miał wprowadzić Ukrainę na europejskie salony, zakończyła się fiaskiem, choć z powodów, o których eks-prezydent woli nie wspominać zbyt głośno.
Swego czasu poleciał on do Moskwy na majową paradę zwycięstwa, by z właściwym sobie wdziękiem tłumaczyć Putinowi dziejową konieczność rozszerzenia Unii o Kijów. Władimir Władimirowicz, który rzadko bawi się w dyplomatyczne ceregiele, gdy nie musi, wyłożył mu wtedy kawę na ławę: „Ukraina nikogda nie wstupit w Jewropiejskij Sojuz. Zabud'tie ob etom.”
Za karę, by podkreślić wagę słów i miejsce Polski w szeregu, Putin usadził polskiego prezydenta na trybunie honorowej tak precyzyjnie, by żadna kamera nie mogła go uchwycić. Kwaśniewski stał tam jako niewidzialny świadek potęgi, której nie chciał zrozumieć. 10 lat później ostatecznie zrezygnował.
W Gdańsku, podczas tego całego „Recovery Conference”, jednak próbowano udawać, że tamta moskiewska przestroga była nieistniejącym incydentem.
Warto teraz dorzucić do tego ukraińskiego barszczu jeszcze jedną liczbę. Otóż według danych wspomnianej Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej, przez ponad dwadzieścia lat – aż do 2022 roku – polskie inwestycje na Ukrainie uciułały łącznie około jednego miliarda euro.
Jeden miliard przez dwie dekady mozolnego budowania, kradzieży firm i ucieczek w jednym bucie. Tymczasem w Gdańsku, po dwóch dniach mielenia ozorami i wylewania potoków szampana, ogłoszono nagle dziesięć miliardów. W dwa dni obiecano dziesięć razy więcej, niż udało się realnie wpompować przez dwadzieścia lat względnego pokoju.
Nie o Ukrainę tu chodzi
Czyżby zatem do Gdańska zjechali się sami głupcy? Skądże znowu. Prywatny biznes, ten, który ryzykuje własnym groszem, reprezentowany był śladowo, co jest jedynym logicznym odruchem organizmu przy zdrowych zmysłach.
Za to sala pękała w szwach od urzędników, bankierów, finansowych hien różnej maści, w tym arabskich szejków i speców od funduszy hedgingowych. To towarzystwo z budową autostrad czy stawianiem fabryk ma niewiele wspólnego.
Po co tam przyjechali, poza oczywistą chęcią wypalenia cygara, wychylenia darmowego szampana i zerżnięcia ukraińskiej prostytutki? Chodziło o pieniądze. Ale nie te wypracowane, tylko te „niczyje”, czyli nasze – podatników. Bruksela obiecała w ramach Ukraine Facility co najmniej 50 miliardów euro do 2027 roku.
Wszyscy wiedzą, że te 50 miliardów to zaledwie kropla w morzu, skoro zniszczenia na koniec 2025 roku szacuje się na blisko 200 miliardów dolarów, a straty społeczno-gospodarcze na ponad 660. Potrzeby odbudowy to studnia bez dna, wyceniana na prawie 600 miliardów.
Te wszystkie „listy intencyjne” i „projekty” to nic innego jak rezerwacja miejsc przy korycie, zanim jeszcze obsługa wniosła wazę z zupą. Zachodnie koncerny i nasi urzędnicy, którzy ojczyznę kochają najbardziej, gdy ta płaci im w twardej walucie – chcą po prostu zaklepać sobie prawo do dojenia unijnych funduszy pod pretekstem stawiania betoniarki na ukraińskim czarnoziemie.
Złoty interes na wirtualnych gruzach
Powiedzmy bez znieczulenia: Gdańsk to preludium do korupcji na skalę międzykontynentalną. Tam, gdzie w grę wchodzą miliardy z publicznej kasy, a wszystko to dzieje się w gęstej mgle wojennej i przy specyficznej ukraińskiej kulturze prawnej, tam urzędnicy obu stron dostają radosnego ślinotoku.
Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa: 85 procent dla nas, 15 procent dla was za przymknięcie oka i sfałszowanie papierów. A jeśli fabryka, droga czy most nigdy nie powstaną? Żaden problem. Zawsze można powiedzieć, że stały, ale właśnie zostały „zdematerializowane” przez rosyjską bombę.
To będzie interes życia dla rzeszy cwaniaków, dla których – paradoksalnie – najlepszym finałem byłaby ostateczna klęska Ukrainy i jej aneksja przez Rosję. Nic tak skutecznie nie utylizuje dowodów kradzieży i nie zaciera śladów po nieistniejących inwestycjach jak rosyjski walec.
Wtedy nikt już o nic nie zapyta, audytorzy nie dojadą, a pieniądze zostaną tam, gdzie ich miejsce. To nie jest odbudowa, to jest wielkie sprzątanie magazynów z cudzej gotówki.
Zastanawiam się tylko, czy w ogóle wypada nam się tym martwić. Przyglądając się gębom ukraińskich notabli, nie dostrzegłem na nich cienia troski o losy ojczyzny, za to mnóstwo szczerego, tłustego zadowolenia.
Wyglądali jak ludzie, którzy właśnie zrozumieli, że wojna to nie tylko krew i błoto, ale przede wszystkim największa w dziejach okazja do przewietrzenia cudzych portfeli. Promienieli satysfakcją godną zwycięzców loterii, w której sami losowali numery.
No cóż, chcącemu nie dzieje się krzywda. Jeśli obie strony tego szwindlu są równie zachwycone perspektywą wspólnego rozkradania unijnej jałmużny, to nam pozostaje jedynie z uznaniem pokiwać głową nad ich sprawnością.

Bądź pierwszym, który skomentuje!